Skip to main content

Media – temat tak świeży, że aż parzy. Co jakiś czas wraca do publicznej debaty, najczęściej wtedy, gdy ktoś kogoś oskarży o manipulację. Albo o wpływy. Albo o to, że cytuje TVN. Albo, o zgrozo, że czyta „Sieci”. I znowu zaczyna się chocholi taniec, którego rytm wyznacza nie co innego, tylko właśnie media. A przecież miały być tylko tubą, przekaźnikiem, narzędziem. A może… były zawsze czymś więcej?

Kto tu naprawdę rządzi?

Zanim odpowiemy, przypomnijmy sobie definicję władzy. Władza to możliwość narzucenia komuś swojej woli. Proste. To kto dziś decyduje, o czym myślisz, kiedy budzisz się rano i włączasz telefon? Kto wybiera tematy dnia, nadaje znaczenia, dzieli na „naszych” i „tamtych”? Kto decyduje, co będzie skandalem tygodnia, a co tylko wzmianką w zakładce „społeczeństwo”? Parlament? Prezydent? Premier? Nie. Media.

Nie bez powodu mówi się, że to czwarta władza. Ale być może ktoś się pomylił w kolejności. Może to wcale nie czwarta? Może dziś pierwsza? A może jedyna, która działa 24/7, nie idzie na urlop i nie zawiesza obrad, kiedy dzieje się coś niewygodnego?

Prawda? Niekoniecznie. Ale dobrze podana!

„W dobrym kłamstwie zawiera się 80% prawdy”. I to właśnie ten składnik stanowi o sile przekazu. Bo przecież nikt nie chce być oszukiwany. My chcemy być informowani. Ale tylko przez „naszych”. Tylko przez „obiektywnych”. Tych, co pokazują prawdę – naszą prawdę.

Pamiętacie wybory prezydenckie? Nieważne które. Każde. Zawsze się znajdzie jakaś strona, która uważa, że media grały nie fair. Że ukrywały, tuszowały, manipulowały. Że kandydat „X” miał fory, bo korzystał z „narzędzi państwowych”. A skąd to wiemy? No przecież… z mediów!

I tu dochodzimy do największego paradoksu: media informują nas o tym, że media kłamią. A my, biedne dzieci nowoczesności, próbujemy znaleźć sens w tym labiryncie.

Karnowski, Schnepf i reszta towarzystwa

Czy redaktor Karnowski jest wolny od wpływów? Czy pani Wysocka-Schnepf mówi bez lęku o reakcję salonu? A może bez entuzjazmu dla dawno temu obranego kursu? Ktoś może powiedzieć: każdy redaktor ma prawo do opinii. Owszem. Ale co, jeśli opinia staje się narracją, a narracja – rzeczywistością? Co jeśli news to już nie fakt, tylko produkt?

Bo dziś redaktor to trochę kucharz. Ma składniki – emocje, wypowiedzi, cytaty, zdjęcia. Miesza, doprawia, podaje w wybranym sosie. Niekiedy ostrym, czasem śmietankowym, a jeszcze częściej w sosie własnym.

Spin doktorzy, fact-checkerzy i inna fauna

Pandemia pokazała nam wiele. Przede wszystkim to, jak łatwo można społeczeństwo ustawić pod ścianą i wmówić mu, że to tylko kolejka po bułki. Wtedy też pojawiły się wszelkiej maści „fact-checkerzy”, z NASK na czele. Demagogi i inne instytuty prawdy. „Niezależne” – jak zapewniają same o sobie. Coś jak reklamy szamponów, które są „w 100% naturalne”.

I co z tego, że Facebook później przyznał, że usuwał prawdziwe informacje? Kto by tam przepraszał. Kto by się cofał. Przecież cel uświęca środki, prawda? A środkiem była zawsze informacja. Czasem prawdziwa. Czasem tylko prawdopodobna.

Wiedza to władza. Ale czyja?

Poznałem niedawno niezłego fotografa – opowiedział mi taką oto historię o Radosławie Sikorskim Siedzieliśmy kiedyś razem na kolacji. „Radosław, jeszcze bez teki, bez funkcji, bezrobotny, ale z ambicją. Kupował każdą gazetę. Po co ci to? – pytam. Bo chcę wiedzieć! – odparł”. Dziś ja bym chciał zapytać pana ministra – czy dalej chce wiedzieć? A jeśli tak – z jakich źródeł?

Bo dziś informacji jest aż za dużo. A zaufania – za mało. Prawda jest przemycana między reklamą suplementu a relacją z TikToka. A przecież jeszcze niedawno, w BBC, żadna wiadomość nie trafiała do druku, jeśli nie była potwierdzona przez trzy niezależne źródła. Trzy! Dziś wystarczy, że ktoś napisze „słyszałem, że…” i już mamy viral.

James Bond i media – kto kogo?

W jednym z filmów o Jamesie Bondzie z 1997 r. – „Jutro nie umiera nigdy” – głównym złym jest magnat prasowy. Pisze nagłówek, a potem robi wszystko, by rzeczywistość się do niego dopasowała. Brzmi znajomo? Bo to już nie fikcja. To podręcznik. Każdy news musi kliknąć, poruszyć, podzielić. Bo podziały są dochodowe. Jedność nie sprzedaje się dobrze. A najbardziej nieopłacalna jest nuda.

Rząd dusz czy targowisko próżności?

Na końcu tego łańcucha jesteśmy my – odbiorcy. Z telefonem w ręku, z kawą w drugiej. Scrollujemy, lajkujemy, komentujemy. I jesteśmy przekonani, że robimy to „świadomie”. Że wiemy, co się dzieje. Ale czy na pewno?

Bo może chodzi już nie tylko o rząd dusz, ale o rynek dusz? Kto kupi więcej, kto kliknie szybciej, kto da się bardziej wciągnąć w grę narracji?

Jak żyć, panie redaktorze?

Jak nie dać się zmanipulować? Nie wiem. Może trzeba czytać wszystko – od „Do Rzeczy” po „Krytykę Polityczną”, tak jak Radosław Sikorski sprzed wielu lat?. Może trzeba rozmawiać z ludźmi, którzy myślą inaczej. Może warto pamiętać, że wolność słowa nie oznacza wolności od myślenia. A media? Cóż. One były, są i będą. Ale prawda, drogi Czytelniku – to już twój obowiązek. Nie prezentera. Nie redaktora. Twój.

Zostaw komentarz