Skip to main content

„Nie zwykłem, skurwysyństwa nazywać polityką.” – powiedział mi kiedyś jeden z tych, co już nie muszą się starać.

Kiedyś to się nazywało polityką. Serio. Były jakieś idee, jakieś poglądy, nawet krzyczano na siebie z sensem. A teraz? Teraz mamy polityczkę – coś pomiędzy zabawą w piaskownicy a castingiem do „Big Brothera. Edycja parlamentarna”.

I to by jeszcze można przeżyć, gdyby nie to, że oni naprawdę myślą, że robią coś ważnego.

Dwa obozy i jeden stół
Z pozoru wygląda to groźnie: tu PiS, tam PO. Tu Konfederacja, tam Lewica. Mówią różnie, krzyczą w innych rytmach, ale jak się wsłuchać, to… to ten sam język. Tylko inne memy.

Zachowują się jak rozwiedzeni małżonkowie, którzy udają, że się nienawidzą, a tak naprawdę tylko kombinują, jak podzielić meble. I kredyt.

Bo w tej grze nie chodzi o Polskę. Ani o obywateli. Chodzi o stołek, wpływ, uwagę, lajki. Jak się nie da wygrać wyborów, to przynajmniej trendować na Twitterze.

Uczniowie czarnej magii politycznej
Najgorzej, że to się rozlewa. Wciąga młodych. Takich, co jeszcze rok temu mieli na koszulce „zmień świat”, a dziś mają numer telefonu do wiceministra. I już wiedzą, że nie chodzi o idee. Chodzi o przetrwanie. O selfie z Prezesem. O stanowisko w radzie nadzorczej, choćby nadzorującej magazyn warzyw.

Wchodzą w to gładko, bezboleśnie. Dzisiaj harcerz ideowy, jutro piją kawę w KPRM i mówią, że „sytuacja geopolityczna wymusza kompromisy”. Po trzech miesiącach mają już twarz jak guma do żucia – ciągnie się w każdym kierunku, zależnie od sondażu.

Aferka, taśma, pegasusik – czyli odcinek numer 247
Żebyś się, drogi Czytelniku, nie nudził – co tydzień mamy coś nowego. Taśmy, mailiki, nowe zrzuty ekranu z czatu wewnętrznego. Afera na aferze, a każda z nich trwa do piątku, bo w sobotę już trzeba ogłosić nową konwencję.

I tak to się kręci. Nieustanny sitcom. Sezon dziesiąty, scenarzyści ci sami. Tylko widownia coraz mniejsza i coraz bardziej znudzona.

Bo przecież to polityka… nie?
Jak pytam polityków (tych wczorajszych i dzisiejszych), czy to wszystko jeszcze ma sens – kręcą głowami. „Nie ma polskiego rządu” – mówią. „Są interesy”. Ale wie Pan, Panie Redaktorze, taka gra. Taka konwencja. Trzeba zagrać, bo jak nie my, to oni. A jak oni, to koniec świata. Albo przynajmniej telewizora w gabinecie.

I wtedy przypomina mi się ten cytat, który chciałoby się wyszyć złotą nitką na krawacie każdego posła:

„Nie zwykłem, skurwysyństwa nazywać polityką.”

Szkoda tylko, że nikt już go nie nosi.

Zostaw komentarz