Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale Polska znów ma szansę zrobić coś… samodzielnie. Tak po prostu — bez dzwonienia do Brukseli, bez instrukcji z Genewy, bez tej wszechobecnej mantry, że „tak się nie robi, bo inni nie robią”. Na stole w Sejmie leży projekt ustawy o wystąpieniu Polski ze Światowej Organizacji Zdrowia. I, co ciekawe, nie chodzi o żadne „foliarskie marzenia”, tylko bardzo poważną debatę o tym, czy organizacja założona w 1946 r. przez Bolesława Bieruta nadal powinna mówić nam, jak mamy leczyć nasze dzieci, szczepić nasze społeczeństwo i zamykać nasze granice.
Zdziwieni? To czytajcie dalej.
WHO zawiodła. Ale naprawdę.
Pandemia COVID-19 była momentem prawdy. Wszyscy pamiętamy chaos. WHO, która miała być światowym kompasem zdrowia, okazała się kompasem kręcącym się we wszystkie strony świata. Najpierw mówiła: „maseczki niepotrzebne”, potem: „obowiązkowe”. Najpierw: „nie ma ryzyka”, potem: „pandemia”. Najpierw: „nie segregujmy ludzi”, a potem: „bez szczepienia nie wejdziesz nawet do urzędu”.
W Polsce tysiące lekarzy, pielęgniarek, naukowców, a także zwykłych ludzi, podważało te wytyczne. I co? Byli uciszani, wykluczani z debat, pozbawiani pracy. Do dziś ponoszą tego konsekwencje. A WHO? Zero refleksji. Zero przeprosin. Zero zmian.
Ale przecież nie jesteśmy sami…
21 stycznia 2025 r. z WHO wyszły Stany Zjednoczone. Tak — największy darczyńca tej organizacji, państwo, które jeszcze niedawno finansowało 15% jej budżetu. Zrobili to cicho, stanowczo i bez żalu. A u nas? Opozycja krzyczy, że to zagrożenie cywilizacyjne. Minister sprawiedliwości napisał, : „że z uwagi na szeroki zakres zadań Światowej Organizacji Zdrowia, wiążący się także z międzynarodowym prawem karnym, projekt oceniam negatywnie”. Środowiska lekarskie — w większości zależne od grantów i struktur WHO — biją na alarm, że czeka nas zagłada.
A może po prostu warto spojrzeć na to inaczej: jeśli Ameryka wychodzi, to może warto zapytać „dlaczego?”, a nie tylko „czy wypada”?
Polska na kolanach, czyli standard zarządzania zdrowiem
Obecnie jesteśmy państwem, które wdraża zalecenia WHO niemal automatycznie. W ponad kilkunastu ustawach znajdują się zapisy odnoszące się do tej organizacji: od Inspekcji Sanitarnej, przez prawo farmaceutyczne, po badania kliniczne. Zmieniamy prawo, bo „tak mówi WHO”. A może czas się zastanowić, czy WHO naprawdę wie, co jest dobre dla Polski?
Czy naprawdę jesteśmy już tak uzależnieni od „międzynarodowych ekspertów”, że nie potrafimy opracować własnych standardów szczepień? Nie umiemy sami ocenić ryzyka epidemiologicznego? Czy potrzebujemy zgody z Genewy, żeby wprowadzić leki na listę refundacyjną?
Nie chodzi o pieniądze (ale jednak trochę tak)
Składka roczna Polski do WHO to ok. 20 mln zł. Czy to dużo? Dla budżetu państwa — nie. Ale dla powiatowych szpitali? Dla psychiatrii dziecięcej? Dla badań nad nowotworami? To są realne pieniądze, które można by wydać u siebie. I nie na kampanie informacyjne o „różnorodności seksualnej”, tylko na realne potrzeby zdrowotne ludzi, którzy stoją w kolejce do kardiologa przez 9 miesięcy.
Suwerenność zaczyna się od… gardła i termometru
Możemy się spierać, jak daleko iść z tą niezależnością. Ale nie możemy udawać, że wszystko działa świetnie. WHO nie jest organizacją, która wyznacza złoty standard. Nie ma żadnego mechanizmu odpowiedzialności. I nie ma już tej wiarygodności, którą miała kiedyś.
Czy powinniśmy wyjść z WHO? To nie jest pytanie na skróty. Ale jedno jest pewne: Polska powinna wreszcie zacząć zadawać pytania. Bo jeśli nie teraz — to kiedy? Jeśli nie przy Trumpie — to przy kim?
A może już czas, żebyśmy przestali być podnóżkiem, który tylko słucha, kiwa głową i jeszcze za to płaci.

