Skip to main content

W kampanii prezydenckiej Grzegorz Braun wzywał do budowy „szerokiego frontu gaśnicowego” i opowiadał o jedności jak o mszy świętej. W mediach szeptano o projekcie KoBra – romantycznym połączeniu Korwina i Brauna. Miało być razem, miało być mocniej, miało być w imię wolności.

Minęły tygodnie. W Hotelu Wodnik (nomen omen) pod Bełchatowem , odbył się V Kongres Konfederacji Korony Polskiej. Atmosfera – sprawozdawczo-wyborcza. Wybrano nowe władze, czyli starych ludzi. Braun na prezesa, a partia – na samodzielny kurs. Bez KoBry, bez Korwina, bez złudzeń.

Podjęto uchwałę o starcie w wyborach z komitetu „KONFEDERACJA KORONY POLSKIEJ”. Samodzielnie. Suwerennie. Odważnie. A może raczej – samotnie?

Bo przecież:
– Koalicja? To była taka kampanijna metafora.
– Współpraca? Tylko na bilbordach.
– Front wolnościowy? Jak najbardziej, pod warunkiem, że pod wodzą Brauna.

Tak, to nie pomyłka. Statut partii KKP czyta się jak instrukcję obsługi wodzostwa. Prezes wybiera, decyduje, zwołuje, odwołuje, nadaje, odbiera. Czysta konserwa? Owszem. Ale nie konserwatyzm instytucji – tylko konserwatyzm absolutnej władzy.

Bo i po co się dzielić, skoro można mieć wszystko?

Partia ma program z ambicjami cywilizacyjnymi – odnowić świat, pokonać globalizm, obronić gotówkę, wprowadzić monarchię bez króla. Statut to z kolei podręcznik centralizmu: teren wykonuje, centrala rozkazuje, prezes decyduje. Można by rzec – łaciński duch w pruskim mundurze.

A wyborcy?
Ci jeszcze klaskają. Pytanie brzmi – jak długo? Bo rewolucje zaczynają się od haseł wolnościowych, a kończą na konferencjach w Hotelu Wodnik.

Dodajmy kilka cegieł do muru

Braun jest dziś tym, kim chciał być od dawna – sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Mówi do kamery, do tłumu, do narodu. I nikt mu nie przerywa, bo i kto miałby to robić? Komitet Polityczny? Zasiadają w nim ci, których sam wskazał. Rada Naczelna? Spotyka się wtedy, kiedy prezes zwoła. Głos rozsądku? Może gdzieś jest, ale najwyraźniej się spóźnił na kongres.

Kiedyś mówiło się o wielkiej Konfederacji – zbiorze frakcji, poglądów, charakterów. Dziś w Koronie mamy raczej monolit – ideowy, personalny i decyzyjny. Niby Konfederacja, ale bardziej jak monarchia konstytucyjna, w której konstytucja jest statutem, a monarcha – nie do ruszenia.

Czy wyborcy to kupią? Może. Braun ma swoją widownię – ludzi zmęczonych chaosem, pragnących porządku, jasnych zasad i mocnego przywództwa. Problem w tym, że polityka to nie katechizm, a rzeczywistość bywa bardziej pokrętna niż program partii.

A co z KoBrą? Projekt porzucony jak stare buty. Ładnie wyglądała na nagłówkach, ale w realnej polityce była zbyt… wspólna. A wspólność – jak wiadomo – to dzielenie się. A kto by chciał się dzielić władzą, kiedy można ją mieć na własność?

I tu docieramy do sedna. Nie chodzi już o program, choćby był najbardziej łaciński i katolicki. Nie chodzi o struktury, choć są precyzyjnie zorganizowane. Chodzi o to, że cała ta partia – z nazwy i z ducha – jest odbiciem jednego człowieka. Jego przekonań, jego stylu, jego nieufności do reszty świata.

Braun nie potrzebuje partnerów – potrzebuje posłuchu. Nie szuka kompromisu – szuka wykonawców. I nie buduje partii politycznej, tylko ruch. A ruch – jak wiadomo – potrzebuje wodza.

Czy to źle? Zależy, kogo zapytamy. Ale jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia, że KoBra będzie miała dwie głowy, to dziś widać wyraźnie, że jedna już wystarczy.

Zostaw komentarz