Skip to main content

Przeczytałem niedawno tekst Mateusza Kukli z Klubu Jagiellońskiego o przyczynach kryzysu demograficznego. Autor skrupulatnie analizuje mechanizmy konsumpcjonizmu, kulturę „sejfityzmu”, presję social mediów i rosnące wymagania wobec młodych rodziców. To solidna analiza, pełna danych i socjologicznych wywodów.

Ale coś mi w tym tekście przeszkadzało. Ta cała nowomowa akademicka, ostrożne formułowania, intelektualne ekwilibristyki. Jakby autor bał się powiedzieć wprost to, co naprawdę jest problemem. A problem jest prosty i brutalny: Ludziom zwyczajnie brakuje odwagi do życia.

Dyskusja o kryzysie demograficznym w Polsce i całej Europie toczy się od lat. Eksperci wyliczają wskaźniki dzietności, politycy obiecują programy socjalne, socjolodzy analizują przyczyny ekonomiczne. Czas powiedzieć prawdę bez owijania w bawełnę.

Konsumpcjonizm to wymówka

Często słyszy się, że za niską dzietność odpowiada kultura konsumpcyjna, która przekonała nas, że dziecko to drogi projekt wymagający perfekcyjnego przygotowania. Że młodzi ludzie odkładają decyzję o rodzicielstwie, bo czekają na odpowiedni standard życia, odpowiednią wielkość mieszkania, odpowiedni poziom oszczędności.

To prawda, ale tylko część prawdy. Konsumpcjonizm był, jest i będzie – zawsze znajdzie się coś, co „jeszcze trzeba kupić” przed dzieckiem. Nasi dziadkowie zakładali rodziny w ruinach powojennej Polski. Nie mieli mieszkań, stabilnej pracy ani gwarancji jutra. Mieli za to coś, czego nam dziś brakuje: odwagę do podejmowania ryzyka i świadomość, że życie to nie projekt do optymalizacji, tylko los do przeżycia.

Eksperyment, którego jesteśmy częścią

W latach 1968-1972 amerykański etolog John Calhoun przeprowadził eksperyment zwany „mysią utopią„. Stworzył dla myszy idealne warunki: nieograniczony dostęp do jedzenia, wody, materiałów do budowy gniazd, opiekę medyczną, brak drapieżników. Jedynym ograniczeniem była przestrzeń.

Rezultat? Mimo idealnych warunków populacja myszy najpierw eksplodowała, potem zastygła, a na końcu całkowicie wymarta. W końcowej fazie myszy przestały się rozmnażać, traciły podstawowe instynkty społeczne, wycofywały się z kontaktów. Calhoun nazwał to „śmiercią duchową” poprzedzającą śmierć fizyczną.

Europa dziś przypomina tę mysią utopię. Mamy wszystko: dobrobyt, bezpieczeństwo, opiekę medyczną, długie życie. I właśnie dlatego umieramy. Bo życie w klatce – nawet złotej – pozbawia nas czegoś fundamentalnego: potrzeby walki, ryzyka, pokonywania przeciwności.

Mężczyźni bez misji, kobiety bez partnera

Spojrzmy prawdzie w oczy: typowy współczesny mężczyzna jest wycofany, ostrożny, poddany. Kultura przez ostatnie dekady systematycznie wykastrował go z naturalnej dla niego roli. Nie ma być zdobywcą, wojownikiem, protektorem – ma być „partnerem”, „wspierającym”, „wrażliwym”. Ma nie ryzykować, nie dominować, nie podejmować decyzji.

Efekt? Kobiety – wykształcone, ambitne, silne – nie znajdują partnera, który byłby na miarę ich oczekiwań. Bo natura kobiety szuka mężczyzny, który jest silniejszy, odważniejszy, bardziej zdecydowany. A takich zostało niewiele. Ci co pozostali, często uciekają w świat wirtualny, pornografii, gier komputerowych – substytutów prawdziwego życia.

To nie jest krytyka kobiet. To konstatacja faktu: zaburzyliśmy naturalny porządek ról społecznych i dziś płacimy za to cenę. Kobiety nie potrzebują kolejnego „wrażliwego partnera”. Potrzebują mężczyzn, którzy mają odwagę założyć rodzinę, wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności i powiedzieć: „Damy radę, nawet jeśli będzie ciężko”.

Kultura strachu zamiast kultury życia

Współczesna Europa to kultura strachu. Strach przed ryzykiem, strach przed porażką, strach przed bólem, strach przed śmiercią. A przede wszystkim – strach przed życiem.

Młodzi rodzice bombardowani są przestrogami: każde uchybienie w wychowaniu może zaszkodzić dziecku psychicznie. Każda decyzja musi być perfekcyjna. Dziecko to już nie dar, ale projekt wymagający studiów, kursów przygotowawczych, psychoterapii i dziesiątek tysięcy złotych na „właściwy start”.

Porównajmy to z realiami sowieckiego łagru, które opisał Gustaw Herling-Grudziński w „Innym świecie”. Więźniowie każdego dnia byli niszczeni fizycznie i psychicznie przez okrutny system. Celem było ostateczne zniszczenie moralności człowieka, rozkład osobowości, zgaszenie woli życia.

A jednak niektórzy przetrwali. Nie ci najsilniejsi fizycznie, ale ci, którzy zachowali wewnętrzną siłę moralną, sens, cel. Ci, którzy potrafili powiedzieć: „Mimo wszystko pozostanę człowiekiem”.

Dziś nikt nas nie torturuje, nie głodzi, nie zabija. A jednak poddajemy się bez walki. System nie musi nas niszczyć brutalnie – wystarczy, że wmawia nam przez dziesięciolecia: „Nie jesteś wystarczająco dobry, przygotowany, bogaty. Poczekaj jeszcze. Zabezpiecz się jeszcze lepiej”.

I czekamy. Aż będzie za późno.

Test, którego nie zdajemy

Sowieckie łagry były testem moralnym: albo zachowasz człowieczeństwo, albo się złamiesz. Współczesny dobrobyt jest równie brutalnym testem – tylko subtelniejszym.

Czy potrafisz być ojcem, nawet jeśli Instagram pokazuje ci perfekcyjne rodziny z idealnym życiem?

Czy potrafisz być matką, wiedząc, że twoja kariera zostanie spowolniona?

Czy potrafisz zaryzykować standard życia dla czegoś tak nieprzewidywalnego jak dziecko?

Czy potrafisz zrezygnować z konsumpcji na rzecz życia?

Większość odpowiada: nie. I dlatego Europa umiera.

Prawda jest prosta

Nie uratują nas programy socjalne, dopłaty, urlopy macierzyńskie czy mieszkania z rządowych programów. Nie uratuje nas walka z konsumpcjonizmem czy krytyka kapitalizmu.

Uratuje nas tylko jedno: odzyskanie odwagi do życia.

Odwagi do założenia rodziny, mimo że nie mamy wszystkiego „załatwionego”.

Odwagi do bycia mężczyzną, który bierze odpowiedzialność, zamiast czekać na idealne warunki.

Odwagi do bycia kobietą, która wybiera macierzyństwo, mimo że to oznacza rezygnację z części ambicji zawodowych.

Odwagi do powiedzenia: „Nie obchodzi mnie, co myślą inni. Moje dziecko nie musi chodzić na trzy dodatkowe zajęcia tygodniowo i mieć najnowszego iPhone’a”.

Nasi przodkowie rodzili dzieci w najgorszych możliwych warunkach – w czasie wojen, głodu, epidemii, totalitaryzmów. My mamy wszystko. Brakuje nam tylko jednego: odwagi, żeby z tego skorzystać.

Europa nie umiera z powodu konsumpcjonizmu czy kryzysu ekonomicznego. Europa umiera z braku powodu, żeby żyć. Z braku sensu, który byłby silniejszy niż lęk przed ryzykiem.

Pytanie nie brzmi: „Czy stać nas na dziecko?”

Pytanie brzmi: „Czy mamy dość odwagi, żeby żyć?”

I to jest jedyna prawda o kryzysie demograficznym, którą warto powiedzieć wprost.

One Comment

  • Roman Florin pisze:

    Bardzo trafny komentarz. Na prawde tak jest wszedzie w Europie, ludzie umierali duchowo.

Zostaw komentarz