Skip to main content

Przeczytałem niedawno felieton profesora Witolda Modzelewskiego pt. „Wspólny europejski front walki z nową herezją (czyli tzw. dezinformacją)” opublikowany na łamach portalu Myśl Polska. Tekst mocny, ironiczny, ostrzegawczy – i w wielu punktach trafny. Profesor posługuje się ostrą metaforą nowej, świeckiej inkwizycji, która ma zwalczać „heretyków” szerzących dezinformację. Opisuje trzystopniowy proces: oskarżenie, przesłuchanie, przymusowe wyparcie się swoich słów – albo wykluczenie ze społecznego obiegu.

Zgadzam się z diagnozą profesora, że walka z dezinformacją może stać się narzędziem kontroli. Nie zgadzam się jednak z metodą, jaką Pan Profesor obiera w swojej krytyce. Bo problem nie w tym, że profesor się myli – problem w tym, że zawiesza się w przeszłości. Inkwizycja, procesy, stosy, publiczne samokrytyki…

To już było, Panie Profesorze. I właśnie dlatego już nie wraca.

Współczesna kontrola działa inaczej. Jest subtelniejsza, skuteczniejsza i – co najważniejsze – niewidoczna. Dlatego piszę tę polemikę. Nie po to, by zaprzeczyć Pana obawom, ale by pokazać, że rzeczywistość jest jeszcze bardziej niepokojąca, niż Pan opisuje.

Szanowny Panie Profesorze,

Czytam Pana tekst o nowej, świeckiej inkwizycji i owszem – sarkazm ostry, retoryka mocna, metafora trafia. Ale, Panie Profesorze, z całym szacunkiem: zawiesił się Pan w XV wieku.

Inkwizycja? Procesy? Stosy? Opaski dla nawróconych heretyków?

Nie, Panie Profesorze. To już było. I właśnie dlatego już nie wraca.

Bo wie Pan, czym różni się współczesna kontrola od tej, którą Pan opisuje? Nie potrzebuje ona teatru. Nie potrzebuje płomieni, pokutnych szat ani publicznych wyrzeczeń. Wystarczy przycisk „usuń”, algorytm obniżający zasięgi i konto bankowe, które przestaje przyjmować płatności.

Ciche, czyste, skuteczne.

Nie pali się już na stosach. Wyklucza społecznie.

Pański tekst przypomina mi historie o generale, który przygotowuje się do poprzedniej wojny. Pan opisuje świat, w którym heretyka wzywa się publicznie, przesłuchuje, zmusza do samokrytyki.

A tymczasem współczesny heretyk po prostu… znika.

Nie ma procesu. Nie ma wyroku. Jest zgłoszenie treści przez „sygnalistę” platforma ma 48 godzin na usunięcie materiału (pod groźbą kary finansowej), a „przestępca” ma 48 godzin na złożenie odwołania. Do sądu, rzecz jasna. Tego samego sądu, który ma dwa lata backlogu i rozpatrzy sprawę za… no, powiedzmy, że nieprędko. (link do projektu ustawy 1757)

To nie inkwizycja, Panie Profesorze. To coś znacznie bardziej wyrafinowanego.

Bo widzi Pan, inkwizycja była jawna. Można było o niej mówić, protestować, pisać pamflety. Można było zostać męczennikiem. A współczesny system? Cóż, on jest niewidzialny.

Pan Braun czy pan Korwin mogą sobie gadać, ile wlezie – algorytm i tak obniży im zasięgi do zera. Mogą nagrywać filmy – platforma zmonetyzuje je tak, że zarobią na kanapkę. Mogą protestować – nikt ich nie słyszy, bo ich treści nie wchodzą w „Dla Ciebie”.

Nie trzeba palić heretyków. Wystarczy ich uciszyć.

Serialowy odcinek Netflix „Nosedive”/ (Na łeb, na szyję)  to nie science fiction. To instrukcja obsługi.

Wspomniał Pan o walce z dezinformacją jako narzędziu kontroli. Oczywiście, że tak. Ale niech Pan spojrzy dalej, bo narzędzie już działa.

Zna Pan serial „Black Mirror”? Odcinek (Sezon 3 ep. 1) „Nosedive”? Proszę sobie przypomnieć: świat, w którym każda interakcja jest oceniana. Każdy uśmiech, każda rozmowa, każdy post w mediach społecznościowych daje punkty albo je zabiera. A od liczby punktów zależy, czy dostaniesz kredyt, czy wynajmiesz mieszkanie, czy wsiądziesz do samolotu.

Dystopia? Nie, Panie Profesorze. To Chiny, 2020 rok.

System Zaufania Społecznego. 1,3 miliarda obywateli. Punkty za segregowanie śmieci, za działalność charytatywną, za bycie „dobrym obywatelem”. Punkty w dół za wykroczenia, za zbyt długie granie w gry komputerowe, za posiadanie znajomych z niskim rankingiem, za nadmierną produkcję CO2, za jedzenie wieprzowiny.

W 2019 roku 2,56 miliona Chińczyków nie mogło kupić biletu lotniczego. 90 tysięcy – biletu na szybką kolej. Nie dlatego, że popełnili przestępstwo. Po prostu mieli za mało punktów.

I proszę nie myśleć, że to jakiś orientalny dziwolążek. Mechanizm już tu jest.

Na Zachodzie działa inaczej – nie przez państwo, ale przez korporacje. Demonetyzacja, shadowbanning, social credit w wersji „soft”. Jeszcze nie masz zakazu latania samolotem, ale masz zakaz zarabiania na swoich treściach. Jeszcze nie tracisz prawa jazdy, ale tracisz dostęp do PayPala, Patreona, konta bankowego.

I co Pan wtedy zrobisz, Panie Profesorze? Założy Pan opaskę z napisem „nawrócony dezinformatyk”?

Nie. Pan po prostu przestanie mówić.

Problem nie w tym, że regulacje są. Problem w tym, KTO je pisze.

I tutaj, Panie Profesorze, dochodzimy do sedna. Bo wie Pan co? Ja się z Panem zgadzam. Owszem, walka z dezinformacją to świetny pretekst do wprowadzania kontroli. Owszem, „bezpieczeństwo” to magiczne słowo, które otwiera wszystkie drzwi. Owszem, socjotechnika strachu działa – po 11 września zgodziliśmy się na inwigilację, po pandemii na ograniczenie wolności, teraz po wojnie z „dezinformacją” zgadzamy się na cenzurę.

Ale wie Pan co, Panie Profesorze? Internet JEST problemem.

Dzieci mają dostęp do pornografii. Boty i farmy trolli zaśmiecają debatę publiczną. Deepfake’i niszczą reputacje. Algorytmy uzależniają jak narkotyk.

I co Pan proponuje? Nic nie robić?

Bo widzi Pan, to jest pułapka, w którą wpadają wszyscy krytycy regulacji. Krzyczą: „cenzura!”, „dyktatura!”, „Orwell!”. A potem, gdy ich dziecko trafi na stronę z treściami +18 albo gdy ich babcia uwierzy w newsa o „5G powodującym raka” – nagle okazuje się, że jednak coś trzeba zrobić.

Pytanie nie brzmi: regulować czy nie. Pytanie brzmi: JAK regulować i KTO ma to robić.

Grupa ekspercka albo koniec wolności słowa

Jedyne rozwiązanie, które widzę, to grupa ekspercka. Ale nie taka, jaką stworzy rząd – pełna posłusznych „ekspertów”, którzy podpiszą to, co im się każe.

Nie, Panie Profesorze. Grupa musi być niezależna i pluralistyczna.

  • 40% niezależni eksperci (prawnicy konstytucyjni, technolodzy, dziennikarze śledczy, etycy)
  • 20% lewica
  • 20% prawica
  • 20% mniejsze ugrupowania i głosy spoza polityki

I niezależni muszą być w większości. Bo inaczej dostaniemy albo cenzurę PiS-u, albo cenzurę PO. A każda z nich będzie równie szkodliwa.

Taka grupa musiałaby:

  • Pracować jawnie (transmisje, protokoły)
  • Działać na zasadzie konsensusu, nie głosowania (żeby zmuszać do kompromisu)
  • Określić precyzyjnie, CO jest problemem (pornografia dla dzieci, boty, deepfake’i) i CZEGO NIE regulujemy (krytyka władzy, kontrowersyjne opinie)
  • Wbudować zabezpieczenia: test proporcjonalności, mechanizm wygasania przepisów po kilku latach, niezależny organ odwoławczy

Bo wie Pan, co się stanie bez takiej grupy?

Rząd napisze ustawę. Opozycja będzie krzyczeć. Ustawa wejdzie. Stanie się narzędziem politycznym. Obywatele stracą zaufanie i uciekną do Dark Webu.

I będzie miał Pan rację, Panie Profesorze – będzie inkwizycja. Tyle że nie taka, jaką Pan opisał. Będzie subtelniejsza, niewidoczna, skuteczniejsza.

Kto zatrzyma nową inkwizycję? Oto przykład, jak system się broni.

A skoro mowa o tym, jak system eliminuje niewygodnych – proszę spojrzeć na Konfederację. Szczególnie na Brauna i Korwina.

To podręcznikowy przykład tego, o czym Pan pisze, Panie Profesorze. Tyle że nie potrzeba było żadnych procesów inkwizycyjnych.

Nie zapraszają ich do mediów. Obcinają zasięgi. Demonetyzują kanały. A za chwilę – pod pretekstem „dezinformacji” – będą im masowo usuwać treści. Każda wypowiedź zgłoszona przez „sygnalistów”, platforma ma 48 godzin na usunięcie, oni 48 godzin na odwołanie do sądu. I tak w kółko, aż zabraknie im pieniędzy na prawników.

Ale wie Pan, co jest w tym najciekawsze?

System nie musiał ich „spalić na stosie”. Wystarczyło, że ich oswoi.

Bo Konfederacja, która mieniła się antysystemem, która miała być „bastionem” wolności słowa – stała się systemowa. Wystarczyło usunąć z niej Brauna i Korwina w ramach „wewnętrznych rozgrywek„, a reszta zaczęła grać według reguł. Mentzen, Bosak – grzeczni, uprzejmi, akceptowalni dla mainstreamu.

I to, Panie Profesorze, jest geniusz nowej „inkwizycji”.

Nie trzeba palić wszystkich heretyków. Wystarczy spalić dwóch – publicznie, spektakularnie – a reszta sama się podporządkuje. Nie ze strachu przed płomieniami, ale ze strachu przed wykluczeniem.

To nie getto, Panie Profesorze. To lekcja dla innych.

Ostatnie pytanie

Panie Profesorze, zgadzam się z Panem, że walka z dezinformacją to pretekst. Zgadzam się, że nowa „inkwizycja” nadchodzi. Zgadzam się, że „bezpieczeństwo” to narzędzie socjotechniczne.

Ale nie zgadzam się z Pańską metodą.

Bo Pan krytykuje, ostrzega, demaskuje – ale nie proponuje rozwiązania. Pan mówi: „to będzie straszne”, ale nie mówi: „a oto, jak tego uniknąć”.

A ja mówię: jest sposób.

Trzeba zasiąść do stołu – lewica, prawica, niezależni. Trzeba stworzyć regulacje, które chronią dzieci i debatę publiczną, ale NIE dają władzy narzędzi kontroli. Trzeba wbudować zabezpieczenia, transparentność, prawo do apelacji.

Trzeba przestać bać się regulacji i zacząć je projektować dobrze.

Bo inaczej, Panie Profesorze, rzeczywiście czeka nas inkwizycja.

Tyle że nie z procesami i stosami.

Z przyciskiem „delete” i algorytmem, który nas uciszy.

A wtedy nikt nawet nie zauważy, że zniknęliśmy.

Z poważaniem – choć nie bez ironii

Piotr Sterkowski

Zostaw komentarz