Skip to main content

Noc z 9 na 10 września 2025 roku miała wyglądać jak każda inna. A jednak coś poszło nie tak. W polskiej przestrzeni powietrznej pojawiły się obiekty, które nie tylko naruszyły nasze granice, ale i zostawiły po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.

Co naprawdę spadło z nieba?

Szczątki odnaleziono aż w 16 miejscach, rozrzuconych po pięciu województwach. Jeden rozpoznany dron doleciał nawet do Mniszkowa w województwie łódzkim – to już ponad 200 kilometrów od wschodniej granicy.

Okazało się, że większość to prymitywne drony-wabiki, zwane „Gerbera”. Styropian, sklejka, silniczek. Zasięg: 300–600 km. Prędkość: do 160 km/h. Niby zabawki, ale niebezpieczne, bo potrafią zamieszać w systemach obronnych.

Problem pierwszy: zasięg

Jeżeli te maszyny nie lecą dalej niż 600 kilometrów, to prosta matematyka mówi: z głębi Rosji nie wystartowały. Moskwa czy Petersburg leżą za daleko. Skąd więc nadleciały?

Najbardziej logiczne odpowiedzi to trzy: Białoruś, Kaliningrad albo – i to budzi największe pytania – północno-zachodnia Ukraina.

Problem drugi: czas

Dron, który spadł w Mniszkowie, musiał przelecieć około 250 kilometrów. Przy prędkości 160 km/h oznacza to mniej więcej półtorej godziny lotu. I teraz pytanie kluczowe: jak to możliwe, że przez 90 minut maszyna leciała w głąb Polski, a nasze nowoczesne systemy nie zdołały jej powstrzymać?

Przypomnijmy: Polska ma do dyspozycji jedne z najlepszych systemów radiolokacyjnych w Europie – radary TRS-15M „Odra”, P-18PL o zasięgu do 900 km, a także mobilne stacje „Warta”. Na papierze wygląda to jak żelazna tarcza. W praktyce – dziurawa jak sito.

Kto na tym zyskuje?

Rosja, owszem, mogłaby chcieć „postraszyć” Polskę. Ale logika mówi, że ryzyko dla Kremla jest ogromne. Bezpośrednia konfrontacja z NATO? Ostatnia rzecz, której Putin by chciał – oznaczałaby katastrofę strategiczną i polityczną.

A Ukraina? Tu rachunek wygląda inaczej. Eskalacja mogłaby wciągnąć NATO – a więc i Polskę – do wojny. To oznaczałoby więcej pomocy, szybciej dostarczoną broń, być może nawet aktywację artykułu 5. Dla Kijowa – ogromna stawka.

Nieprzypadkowy moment

Drony spadły w chwili, gdy amerykańska dyplomacja ugrzęzła w martwym punkcie. Donald Trump wycofał się z prób mediacji, a rozmowy USA–Rosja ugrzęzły w jałowym impasie. Idealny moment na ruch, który zmieni klimat polityczny.

Przypadek? Mało prawdopodobne.

Polska w pułapce

Tu dochodzimy do najgroźniejszego wniosku: Polska ryzykuje znalezienie się w strategicznej pułapce. Minister Radosław Sikorski prowadzi politykę twardą wobec Rosji, ale zamyka jednocześnie kanały rozmów. Do tego wspiera pomysł, by polska armia strącała rosyjskie rakiety… tyle że nad terytorium Ukrainy.

I tu wchodzi prawniczy haczyk. Artykuł 5 NATO działa tylko wtedy, gdy sojusznik zostanie zaatakowany. Jeśli Polska sama z własnej inicjatywy zaangażuje się poza swoimi granicami – a Rosja odpowie – NATO może powiedzieć: „Sami się w to wciągnęliście. My nie musimy reagować”.

Wtedy zostajemy sami.

Co robić?

Tu odpowiedź jest prosta, choć trudna do przyjęcia dla polityków kierujących się emocjami. Polska musi działać wyłącznie w ramach obrony własnego terytorium. Żadnego „rozszerzania” wojny nad Ukrainą. Żadnych działań, które można by odczytać jako prowokację.

Kanały dyplomatyczne? Muszą zostać otwarte, nawet jeśli rozmowy są trudne. Sojusznicy? Powinni wiedzieć jasno, jakie jest nasze stanowisko: bronimy siebie, nie wciągniemy się w cudzą eskalację.

Chłodna kalkulacja

Drony, które spadły na Polskę, są ostrzeżeniem. Nie tylko przed rosyjską technologią, ale przed pokusą grania w cudzą grę.

Polityka to nie emocje. To zimny rachunek zysków i strat. A ten rachunek mówi jasno: Polska powinna być lojalnym członkiem NATO, ale nie może pozwolić, by ktoś wciągnął ją w konflikt, w którym nagle okaże się, że sojusznicze gwarancje nie działają.

Ostatnie słowo

Nie dajmy się wykorzystać. Naszym obowiązkiem jest chronić Polaków i Polskę – nie cudze interesy. W polityce liczy się nie to, kto głośniej krzyczy, ale kto potrafi przewidzieć konsekwencje.

Zostaw komentarz