Niektórzy dziennikarze rzeczywiście nie potrafią czytać wyników oglądalności!
Agnieszka Gozdyra lubi mówić, że dziennikarze są „od zadawania pytań i od wymagania odpowiedzi„. Po tym, co zrobiła z posłem Mulawą, wiem już, czym jest to „wymaganie odpowiedzi” w praktyce: cenzurą prewencyjną okraszoną frazesami o „merytorycznej dyskusji”.
Scenka z 10 września w „Debacie Gozdyry” na Polsat News zasługuje na miejsce w muzeum hipokryzji medialnej. Oto prowadząca zaprasza posła Konfederacji Krzysztofa Mulawę, zadaje mu pytanie, a gdy ten zaczyna odpowiadać – przerywa go po półzdaniu. Powód? Chciał skrytykować Radosława Sikorskiego. Niedobre, niedobre. „Nie będzie nawalanki politycznej w tym studiu”, oznajmia Gozdyra tonem wychowawczyni z przedszkola.
Kiedy dziennikarz przestaje być dziennikarzem?
Właśnie wtedy, gdy przestaje zadawać pytania, a zaczyna decydować, jakie odpowiedzi są „właściwe”. Gozdyra w niedawnym wywiadzie z Marcinem Mellerem dumnie deklarowała, że jest „dziennikarzem od zadawania pytań”, nie od wydawania ocen. Tymczasem wobec Mulawy postąpiła dokładnie odwrotnie – zadała pytanie, po czym sama zdecydowała, że odpowiedź jej się nie podoba.
To nie dziennikarstwo. To reżyseria.
„Święty spokój” Gozdyry
W tym samym wywiadzie Gozdyra wyznała, że jej najważniejsze wartości to „wolność i spokój„. Po incydencie z Mulawą wiem, że ten „święty spokój” oznacza przede wszystkim spokój przed niewygodnymi pytaniami i argumentami. Wolność zaś rozumie jako swoją wolność do uciszania gości, którzy nie wpasowują się w jej narrację.
Szczególnie pikantna jest przygoda Gozdyry z ukraińskim dziennikarzem Mazurenką, który nazwał prezydenta Nawrockiego „pahanem”. Wówczas prowadząca stanęła w obronie „szacunku dla urzędu”, przerwała program i dała gościowi „trzy szanse na ogarnięcie się”. Mulawa takiej szansy nie dostał. Dlaczego? Bo nie obraził prezydenta, tylko chciał skrytykować ministra. Widać w hierarchii „radykalnego centrum” nie wszyscy urzędnicy są równi.
Podwójne standardy jako metoda
Gozdyra w wywiadzie narzekała na „symetryzm” jako próbę wpędzenia dziennikarzy w poczucie wstydu. Jednocześnie sama praktykuje najgorszy rodzaj asymetrii – selektywne stosowanie standardów w zależności od politycznej przydatności gościa. Prezydent zasługuje na szacunek, minister na ochronę przed krytyką, poseł Konfederacji na uciszenie.
To nie jest walka z symetryzmem. To zwykła stronniczość ubrana w szlachetne hasła.
Co na to KRRiT?
Fundacja Kisiela złożyła skargę do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zarzucając Gozdyrze naruszenie podstawowych standardów dziennikarskich. Argumenty są mocne: dyskryminacja polityczna, tłumienie krytyki prasowej, naruszenie zasad rzetelności. Do tego dochodzi rażąca sprzeczność między publicznymi deklaracjami prowadzącej a jej rzeczywistym postępowaniem.
KRRiT powinno się tym zająć. I to szybko. Bo jeśli pozwolimy na normalizację cenzury prewencyjnej w programach publicystycznych, za chwilę każdy prowadzący będzie mógł robić sobie z gości to, co zechce.
Lekcja dla Polsatu
Dla stacji sprawa powinna być jasna. Gozdyra nie broniła żadnych standardów dziennikarskich – po prostu nie potrafiła poradzić sobie z trudnym gościem. Zamiast stawić czoła jego argumentom, wybrała drogę na skróty: uciszenie. To nie profesjonalizm, to tchórzostwo intelektualne.
Polsat News ma wybór: albo stanie za swoją gwiazdą bez względu na konsekwencje, albo przypomni jej podstawowe zasady zawodu. Pierwsza opcja oznacza degradację stacji do poziomu teatrzyku jednego aktora. Druga – szansę na odbudowanie zaufania.
Radykalne centrum czy zwykła manipulacja?
Gozdyra lubi mówić o sobie jako o przedstawicielce „radykalnego centrum”. Po tym, co pokazała w programie z Mulawą, wiem już, że to tylko marketingowy slogan. W rzeczywistości mamy do czynienia z klasyczną manipulacją: zapraszasz kogoś do programu, pozorując otwartość na różne poglądy, po czym uciszasz go, gdy zacznie je prezentować.
To nie centrum. To oszustwo.
Pytanie na koniec
Zastanówmy się przez chwilę: gdyby podobny numer wykręcił dziennikarz w TVP za czasów PiS-u, jak zareagowałaby sama Gozdyra? Na pewno nie mówiłaby o „merytorycznej dyskusji” i „spokoju”. Krzyczałaby o cenzurze i niszczeniu standardów demokratycznych. Miałaby rację.
Tak samo jak ma rację teraz każdy, kto wskazuje na niedopuszczalność jej zachowania. Standardy demokratyczne nie mogą zależeć od tego, kto akurat dyktuje warunki w studiu. A dziennikarze nie mogą robić sobie z mandatu poselskiego podkładki pod łokcie.
Gozdyra przekroczyła czerwoną linię. KRRiT powinno jej to jasno wytłumaczyć.

