Skip to main content

W polityce wszyscy kochają słowo „jedność”. Jest to słowo miękkie, wygodne i bezpieczne — można je powtarzać na scenie, w studiu, na wiecu i w Internecie, a ono niczego szczególnego nie wymaga. Jedność pięknie brzmi, zwłaszcza gdy nie trzeba jeszcze ustalić, kto z kim, po co, na jakich zasadach i kto ponosi odpowiedzialność, gdy wspólny projekt zacznie się rozchodzić w szwach.

Dlatego właśnie proponuję Porozumienie Szerokiego Frontu Gaśnicowego.

Nie dlatego, że odkryłem nową religię polityczną. Nie dlatego, że chcę wszystkim urządzać życie, wydawać legitymacje albo budować kolejny klub wzajemnej adoracji z obowiązkowym zdjęciem grupowym. Przeciwnie: właśnie dlatego, że w polityce zbyt wiele rzeczy pozostaje na poziomie deklaracji, dobrych min i jeszcze lepszych mikrofonów.

Polityk może powiedzieć wszystko. Zwłaszcza w kampanii. Może mówić o suwerenności, o Polsce, o antysystemowości, o jedności, o konieczności wspólnego marszu. Słowa są w polityce środkiem płatniczym, którego emitentów jest bardzo wielu, a pokrycie bywa różne.

Dokument jest znacznie mniej romantyczny. Dokument pyta: kto ma prawo współdecydować? Kto reprezentuje dane środowisko? Od czego zależy miejsce przy stole? Czy liczy się wyłącznie nazwisko i głośność wypowiedzi, czy również praca, organizacja, wynik wyborczy, struktury, ludzie i konsekwencja?

I dlatego dokumentów politycy nie lubią.

„Sprawdzam”, a nie „wierzę”

Nie mam obowiązku wierzyć politykom na słowo. Nikt nie ma takiego obowiązku. Wyborca nie jest uczestnikiem rekolekcji, a działacz społeczny nie powinien pełnić funkcji człowieka od przytakiwania.

Jeżeli ktoś mówi o szerokim porozumieniu, to rozsądnie jest zapytać: jak szerokim, dla kogo i na jakich zasadach?

Jeżeli ktoś mówi o wspólnym froncie, to należy ustalić: czy środowiska, które ten front współtworzą, otrzymają realną reprezentację, czy wyłącznie miejsce w tle podczas konferencji prasowej?

Jeżeli buduje się polityczną siłę wokół idei niepodległości, to trzeba odpowiedzieć na pytanie podstawowe: czy uczestnicy mają zagwarantowany wpływ proporcjonalny do swojej pracy i rezultatów, czy tylko przywilej wspierania cudzej marki?

To nie jest atak. To jest zwyczajne „sprawdzam”.

A „sprawdzam” jest w polityce czynnością zdrowszą niż bezwarunkowy entuzjazm. Entuzjazm nie wymaga dokumentów. Dokumenty wymagają odpowiedzialności.

Fot. YT Grzegorz Braun : „Nie buduję Szerokiego Frontu Gaśnicowego poprzez eliminację”

Ale ja nie buduję szerokiego frontu gaśnicowego poprzez codzienną eliminację, poprzez codzienne układanie listy proskrypcyjnej, tak jak nie jesteśmy w stanie w naszej partii wyeliminować napięć przez eliminowanie ludzi„.

Szeroki znaczy także uczciwy

Szeroki Front Gaśnicowy ma sens tylko wtedy, gdy jest rzeczywiście szeroki. Nie jako dekoracja, nie jako hasło na czas kampanii i nie jako nazwa dla jednej formacji otoczonej grupą sympatyków, lecz jako realne porozumienie rozmaitych środowisk prawicowych i niepodległościowych.

Są w Polsce ludzie i środowiska, które od lat wykonują pracę polityczną, społeczną, medialną oraz organizacyjną. Budują własne zaplecza, ponoszą ryzyko, wystawiają kandydatów, zbierają podpisy, prowadzą kampanie i docierają do wyborców, do których wielkie partie nie docierają nigdy — chyba że tuż przed wyborami, z ulotką i obietnicą.

Fot. z Wieczoru Wyborczego Grzegorza Brauna 2025 r.

„…szeroki front gaśnicowy musi wprowadzić do następnego parlamentu silną reprezentację polskiej prawicy”.

„Szanowni państwo, ten szeroki front gaśnicowy właśnie się niniejszym zdefiniował, ujawnił się. Wyszliśmy z lasu. Wyszliśmy z lasu na pole. O, oby to było pole grunwaldzkie dla nas, a dla przeciwnika. Oby się to właśnie tak skończyło jak pod Grunwaldem.

Wspominam tu choćby o środowiskach Marka Wocha, PolExit Stanisława Żółtka czy Rodakach Kamratach. Można się z nimi różnić w sprawach programu, stylu, diagnoz i recept. Właśnie na tym polega polityka. Ale jeśli ma powstać szerokie porozumienie, to nie można udawać, że istnieją wyłącznie wtedy, gdy przydają się do powiększenia wyniku albo zagęszczenia tłumu.

Wspólny szyld musi dawać wspólnikom coś więcej niż możliwość noszenia go na transparentach. Musi dawać gwarancję udziału.

Nie łaskę. Nie uprzejmy gest. Nie uznaniową możliwość dopuszczenia do rozmowy. Gwarancję zapisaną jasno: reprezentacja w Komitecie Politycznym Konfederacji Korony Polskiej, delegaci, zasady oceny pracy, zasady uwzględniania wyników wyborczych oraz procedura rozstrzygania sporów.

Bo skoro ktoś pracuje na wspólny wynik, to nie powinien potem dowiadywać się z Internetu, że wspólnota właśnie zakończyła się na progu gabinetu.

W polityce najpierw papier

Nie jestem partyjnym działaczem. I może dobrze, bo partyjny działacz z natury rzeczy jest często przekonany, że najważniejszą formą aktywności politycznej jest pilnowanie, by nikt nowy nie przesunął mu krzesła.

Działając społecznie w ramach Fundacji Kisiela, można sobie pozwolić na rzecz w polityce coraz rzadszą: proponowanie rozwiązań, zamiast wyłącznie komentowania problemów. Fundacja nie ma obowiązku bronić czyjejkolwiek partyjnej wygody. Może stawiać pytania, których partyjniacy nie lubią, bo pytania te wymagają odpowiedzi konkretnych, a nie emocjonalnych.

Jeżeli Szeroki Front Gaśnicowy ma być poważnym projektem, powinien posiadać porozumienie opisujące jego zasady. Takie, które chroni uczestników przed arbitralnością, ustala sposób reprezentacji i odróżnia realną współpracę od politycznej dekoracji.

To rozwiązanie jest korzystne także dla samej Korony. Jasne zasady nie osłabiają lidera ani formacji. Jasne zasady budują zaufanie. A zaufanie jest potrzebne szczególnie tam, gdzie do jednego stołu mają usiąść ludzie, którzy przez lata działali osobno i mają pełne prawo pytać, czy po wyborach nadal będą traktowani jak partnerzy.

Kto nie boi się wspólników, ten nie powinien bać się ich przedstawicieli.
Kto chce szerokiego frontu, nie powinien bać się szerokiej reprezentacji.
Kto chce zaufania, nie powinien mieć problemu z podpisem.

Nie przeciwko komuś, tylko za czymś

Nie proponuję tego porozumienia po to, by kogokolwiek upokorzyć, testować lojalność albo urządzać publiczną awanturę. Polska scena polityczna nie potrzebuje kolejnego turnieju ambicji, w którym wszyscy wygrywają wyłącznie własne przekonanie o własnej nieomylności.

Proponuję je dlatego, że sprawa niepodległości jest zbyt poważna, aby opierać ją na niedopowiedzeniach.

Jeżeli mamy mówić o odzyskiwaniu politycznej podmiotowości Polski, to zacznijmy od politycznej podmiotowości ludzi i środowisk, które mają ją współtworzyć. Niech każdy wie, jakie ma prawa, jakie obowiązki, co wnosi, co otrzymuje i kto podejmuje decyzje.

Wtedy Szeroki Front Gaśnicowy nie będzie jedynie efektownym hasłem. Będzie porozumieniem ludzi, którzy potrafią nie tylko mówić o Polsce, ale także uczciwie ustalić zasady współpracy dla Polski.

A jeżeli komuś przeszkadza sam pomysł zapisania tych zasad — cóż, tym bardziej warto go zapisać.