Skip to main content

Król bez tronu

W Polsce nie ma nic trudniejszego niż wypaść z obiegu. Nie chodzi o śmierć fizyczną — chodzi o coś gorszego: o moment, gdy przestajesz być potrzebny, a sala nadal klaszcze, bo jeszcze o tym nie wie. Oglądając odcinek „WojewódzkiKędzierski” z Krzysztofem Stanowskim, miałem nieodparte wrażenie, że właśnie tego jesteśmy świadkami.

Kuba Wojewódzki przez lata był królem. Nie królem dziennikarstwa — królem pewnego salonu. Liberalnego, warszawskiego, show-biznesowego. Przestrzeni, w której to on rozdawał karty: kogo zaproszono do programu, ten stawał się ważny. Kogo zignorowano, ten nie istniał. To była władza prawdziwa, choć nieformalna. I przez długi czas działała.

Potem świat się przewartościował.

Upadła TVP jako tuba jednej partii. TV Republika — zamiast stać się prawdziwą alternatywą — pozostała tym, czym była: platformą propagandową, która nie umie w media, tylko umie w przekaz. W tej próżni pojawił się Krzysztof Stanowski z Kanałem Zero. Bez koncesji środowiska. Bez legitymizacji TVN-u ani Onetu. Bez pozwolenia salonu. Z językiem ulicy, ze sportem, z rozmową, z merytoryką — i z kilkudziesięcioma milionami wyświetleń oraz kilkudziesięcioma milionami złotych kosztów rocznie.

Sam Wojewódzki nazwał go w programie „barbarzyńcą w katedrze elit”. Powiedział to z kpiną, ale nieświadomie wystawił sobie diagnozę. Bo katedra jest właśnie problemem — nie barbarzyńca. Katedra to struktura, która wmówiła sobie, że jest wieczna. Barbarzyńca przyszedł nie z maczugą, lecz z mikrofonem i kamerą, i okazało się, że ludzie wolą jego rozmowę niż liturgię dawnych celebrytów.

I tu zaczyna się sprawa, o której należy mówić wprost.

Zamiast przyjąć tę zmianę do wiadomości — albo przynajmniej zmierzyć się z nią intelektualnie — Wojewódzki wybrał inną drogę. Przygotował wywiad z dokładnie wypisanymi pytaniami i zarzutami. Brzmiało to solidnie. Problem w tym, że — jak wynika z późniejszych komentarzy Stanowskiego i z przebiegu samej rozmowy — te starannie przygotowane tezy były w znacznej mierze nieprawdziwe. Rzekoma rozmowa Stanowskiego z politykiem PiS o pieniądzach? Rozpadła się na wizji, gdy prowadzący połączył się z Robertem Mazurkiem, który potwierdził, że Stanowskiego na tych urodzinach w ogóle nie było. Pytania o rzekomo prorosyjski materiał Marii Wiernikowskiej? Oparte na przeinaczeniu treści, której prowadzący najwyraźniej dokładnie nie sprawdził. Pozostałe zarzuty? Gdy Stanowski poprosił o źródło, usłyszał: „Nie powiem ci, bo nie notuję tutaj źródeł.”

Nie notuję źródeł.

To jedno zdanie mówi wszystko. Dziennikarz — bo tak Kuba Wojewódzki jest opisywany, bo taki status daje mu zasięg i instytucjonalna pozycja Onetu — stawia rozmówcy ciężkie zarzuty reputacyjne bez możliwości ich udokumentowania. W zdrowym środowisku mediów po takim przyznaniu taki człowiek natychmiast traci powagę. Nie musi go niszczyć żaden wróg — sam właśnie to zrobił.

Warto zauważyć, że Piotr Kędzierski przez większość wywiadu siedział cicho. Komentatorzy to dostrzegli. Może był zdystansowany. Może wiedział coś, czego nie chciał głośno powiedzieć. Tak czy inaczej — milczenie współprowadzącego przy takiej demolce argumentacyjnej jest samo w sobie wymowne.

Stanowski wyszedł z tej rozmowy bez szwanku. Co więcej — spokojnie. Nie krzykiem, nie agresją, lecz właśnie tym, czym Kisiel zawsze pokonywał swoich rozmówców: logiką i faktami. Emocje miał po drugiej stronie.

Ale tu pojawia się ważniejszy problem. Można wzruszyć ramionami i powiedzieć: rynek to rozstrzygnie, widownia to oceni, algorytm zadecyduje. To prawda — i w jakimś sensie już zadecydował. Ale przestrzeń publiczna nie może funkcjonować wyłącznie na zasadzie „przeżyją najsilniejsi kłamcy”. Jeżeli duże ogólnopolskie medium — a Onet jest jednym z największych — emituje materiał oparty na niezweryfikowanych lub fałszywych zarzutach, to instytucje państwowe mają obowiązek zareagować. Nie po to, żeby cenzurować. Po to, żeby przypomnieć, że Prawo prasowe obowiązuje wszystkich — niezależnie od zasięgów, niezależnie od tego, ile lat ktoś jest „królem”.

Dlatego Fundacja Kisiela składa skargę do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Nie jest to akt partyjny ani światopoglądowy. Jest to akt przekonania, że merytoryczna, transparentna debata publiczna jest możliwa tylko wtedy, gdy kłamstwo ma cenę. Gdy ktoś może powiedzieć: sprawdziłem, to nieprawda, i kiedy ta prawda ma znaczenie — nie tylko w komentarzach pod filmem, ale też w instytucjach, które powołano właśnie do pilnowania tych standardów.

Kisiel przez całe życie narzekał, że w Polsce wszystko uchodzi płazem — bo brakuje odwagi, żeby powiedzieć rzeczy wprost i ponieść tego konsekwencje. Tym razem jednak ktoś powiedział. I nie zamierza udawać, że deszcz pada.