Skip to main content

Czy w Polsce mamy epidemię autyzmu, czy epidemię jego diagnozowania?

Pytanie brzmi niewinnie, ale powinno niepokoić każdego podatnika. Bo za każdą diagnozą idą pieniądze – nasze pieniądze. I kiedy człowiek próbuje się dowiedzieć, ile to kosztuje i dlaczego tak rośnie, zderza się ze ścianą urzędniczego milczenia.

Złożyłem prosty wniosek do Ministerstwa Zdrowia: ile mamy przypadków ASD, jak zmienia się ta liczba w czasie, ile kosztuje ich obsługa. Odpowiedź? Klasyczny urzędniczy ping-pong. Ministerstwo Zdrowia odsyła do NFZ i Ministerstwa Edukacji. Czyżby resort odpowiedzialny za zdrowie Polaków nie wiedział, ilu Polaków cierpi na dane schorzenie?. A może wie, tylko nie powie!

Państwo w państwie? Nie – raczej państwo bez państwa.

Co więcej, dane z Systemu Informacji Medycznej – tego samego, na który wydaliśmy publiczne pieniądze– „nie podlegają udostępnieniu”.

Wyobraźmy sobie, że GUS policzył bezrobotnych, ale schował tabelkę do sejfu, bo dane „nie podlegają udostępnieniu”. Absurd? U nas codzienność.

A przecież każda diagnoza ASD to konkretne konsekwencje. Szkoła dostaje dodatkowe pieniądze. Potrzebni są nauczyciele wspomagający, pedagodzy specjalni, terapeuci. Branża medyczna zyskuje nowych klientów. Rodzice otrzymują wsparcie – finansowe i społeczne. Wszyscy wygrywają. Tylko pytanie, czy dziecko rzeczywiście ma autyzm, czy po prostu system znalazł złotą żyłę.

Dziś ASD stało się modne. Rodzice opowiadają o Aspergerze dziecka jak o nowym iPhonie. Influencerzy chwalą się, że są „na spektrum”. Telewizja dokłada swoje – serial o genialnym autyście leci w prime time. W efekcie niemal każde dziecko, które jest zbyt głośne albo zbyt ciche, zbyt ruchliwe albo zbyt spokojne, może dostać łatkę „ASD”. Spektrum czy worek bez dna?

Paradoks polega na tym, że dzieci mamy coraz mniej, ale autystów coraz więcej. Klasy pustoszeją, ale kadra rośnie. Czy to przypadek?

A może genialny patent na podtrzymanie finansowania w epoce demograficznego krachu? Bo kiedy w klasie zostaje piętnaścioro dzieci, a pięcioro ma orzeczenie o niepełnosprawności, to nagle potrzeba tylu nauczycieli, ilu wcześniej. A może i więcej.

Najprostsze pytania wciąż wiszą w powietrzu: ile naprawdę mamy dzieci z ASD? Ile to kosztuje? Czy diagnozy są rzetelne? Kto to kontroluje? Państwo nie odpowiada. Ministerstwo zrzuca na Narodowy Fundusz Zdrowia. Co odpowie? Zobaczymy!

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że autyzmu nie ma. Jest. I są dzieci, które naprawdę potrzebują pomocy. Ale czy dziesięciokrotny wzrost diagnoz w dekadę to rzeczywista epidemia, czy diagnostyczna inflacja? Czy miliardy wydane na terapie i wsparcie trafiają tam, gdzie trzeba, czy po prostu topnieją w systemie, który sam nakręca własny biznes?

Państwo milczy. A może nie milczy – tylko mówi: „to nie my”.
Ale skoro to nie oni, to kto?

Bo my płacimy. My – podatnicy.
I to nasze dzieci są diagnozowane, kierowane na terapie, wpisywane w system specjalnych potrzeb edukacyjnych.
A państwo, które boi się odpowiedzieć na proste pytania o własne wydatki, nie jest przejrzyste.
Jest bezradne.
Albo – wygodnie ślepe.

Zostaw komentarz