Skip to main content

Właśnie przeczytałem artykuł pani doktor Kingi Piwowarskiej z infor.pl – adiunkta, adwokata, specjalisty od prawa pracy. Tytuł huczy: „Zamiast 800+ na dzieci – bony na jedzenie, ubrania i wyprawkę. Bo rodzice nie szanują tych pieniędzy”.

Cóż za rewelacja! Rodzice nie szanują pieniędzy! A jakże mieliby szanować pieniądze, których – ściśle rzecz biorąc – nikt im nigdy nie dał? Bo to, co dostają z programu 800+, to nie prezent od świętego Mikołaja, tylko skomplikowana operacja finansowa na przyszłych pokoleniach.

Asekuracja zamiast analizy

Pani doktor, mimo uniwersyteckiego tytułu i znajomości prawa, szybko ucieka w asekuracyjne formułki: „Oczywiście bardzo krzywdzące i nieprawdziwe byłoby powiedzenie, że wszyscy rodzice nie szanują otrzymywanego 800+”. No pewnie, że krzywdzące. Tylko po co w ogóle o tym rozmawiać?

Jeśli pani studiowała prawo, to musiała zaliczyć logikę. A logika podpowiada, że cała ta dyskusja o tym, czy mama kupiła sobie iPhone, czy dziecku wyprawkę, jest zupełnie bez znaczenia z perspektywy obywatela-beneficjenta tego socjalnego przekupstwa.

Kto tu kogo szanuje?

Z perspektywy budżetu – owszem, to sprawa poważna. Ministrom finansów, polityki społecznej i ubezpieczeń (czy jak oni tam się teraz nazywają) ta kwestia spędza sen z powiek. Bo system został wymyślony nie po to, żeby wspierać rodziny, ale żeby sztucznie pobudzać gospodarkę.

Za PiS-u służył jeszcze dodatkowo do relokacji środków z dużych miast do pomniejszych aglomeracji – naturalnego elektoratu partii rządzącej. Pieniądze szły tam, gdzie były potrzebne politycznie.

Dzisiaj mamy problem inny: u władzy jest rząd, który z tego pomysłu socjalnego zbytnich benefitów nie czerpie (nie wspiera to elektoratu KO), a jest poważnym obciążeniem budżetu – ponad 60 miliardów złotych w 2025 roku, przy deficycie przewidywanym na 271 miliardów w 2026.

Nie dziwne więc, że różne tęgie głowy zastanawiają się, jak ten system zreformować, żeby z jednej strony pobudzić sektory sprzyjające obecnej władzy, a z drugiej nie zlikwidować programu. Bo Donald Tusk obiecał: co dane, nie zostanie odebrane. Prawda?

Niemoralne pytanie

Samo rozważanie tej kwestii jest niemoralne – mniej więcej tak, jak zastanawianie się, czy flirtowanie z mężatką to zdrada. Sam pomysł socjalnego wspierania dzietności jest z natury zły.

Dlaczego?

Jedni powiedzą: program wyeliminował biedę, podniósł poziom życia. Możliwe. Ale pytanie trzeba postawić z perspektywy państwowca (a za takiego się uważam): Czy służy to Polsce? Czy służy to Polakom? Czy służy to dzieciom?

Koszt redystrybucji

Redystrybucja tych środków – tych 800 złotych na dziecko – kosztuje. Czarowanie się, że to niewielkie koszty, to kłamstwo na kółkach.

Każdy musi złożyć wniosek. Jakiś urzędnik musi poświęcić czas, żeby go przeczytać, przeanalizować. Jeśli wszystko jest w porządku, dochodzi do „transakcji” – urzędnik zleca wypłatę. Dochodzą prowizje bankowe, opłaty za przelewy (od milionów transakcji!) i się wszystko kręci.

Skąd biorą się te pieniądze na kontach urzędów? Wydziela je Ministerstwo Finansów. A skąd minister je ma? Tu spektrum działań jest ogromne – nie wspominając o tym, że minister Domański wciąż korzysta z różnych instrumentów zadłużania Polski, również poprzez rozmaite fundusze, zadłużając kraj poza oficjalnym budżetem (tak jak poprzedni rząd).

Czyje to pieniądze?

Kiedyś mówiono, że rząd nie ma swoich pieniędzy i dysponuje naszymi środkami. Dzisiaj to określenie jest bardzo nieprecyzyjne.

Bo jeśli Minister Finansów roluje długi w Europejskim Banku Inwestycyjnym, to czy dysponuje naszymi środkami? A może dysponuje środkami naszych dzieci i wnuków, których jeszcze nie ma?

Co rodzice robią z pieniędzmi? Nieistotne!

Z tej perspektywy to, na co rodzice wydają pieniądze z programu 800+, wydaje się zupełnie nieistotne.

„Od samego mieszania herbata nie staje się słodsza” – mawiał Stefan Kisielewski. I miał rację. Możemy tu przerzucać pieniądze z lewej kieszeni do prawej, kontrolować, na co je wydają, zamienić je w bony, talony, znaczki czy kartki – ale to niczego nie zmieni w istocie problemu.

Bo z perspektywy rodzica, który chce dobrze dla swojego dziecka, rozsądek każe te pieniądze zainwestować lub zaoszczędzić – na przykład w złoto (walka z inflacją, w myśl zasady: tak długo, jak jest socjalizm, pieniądze będą tracić na wartości) albo w edukację.

Bo to są pieniądze na kredyt. To przyszłość dzieci i wnuków. A nie konsumpcja dzisiaj.

Bonifikacja zamiast gotówki?

Pani doktor proponuje bony: na żywność, odzież, artykuły szkolne, wyprawki. Powrót do PRL-u? „Child Benefit vouchers” jak w krajach Unii?

Być może. Ale to nie rozwiązuje problemu – tylko go maskuje. Bo problem nie leży w tym, jak rodzice wydają pieniądze. Problem leży w tym, skąd te pieniądze się biorą i kto za nie w końcu zapłaci.