Skip to main content

Państwo polskie od lat ceni sobie transparentność. Właściwie – lubi o niej mówić. W rzeczywistości jednak kluczowe decyzje budżetowe częściej podejmowane są za zamkniętymi drzwiami, niż na oczach społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć na najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli: 135 miliardów złotych wydane w zeszłym roku poza budżetem państwa – przez fundusze obsługiwane przez Bank Gospodarstwa Krajowego. To niemal jedna szósta wszystkich wydatków państwa, a więc największe pieniądze płyną dziś korytarzami zupełnie nieparlamentarnymi.

Oficjalnie Polska ma centralny plan finansowy – ustawę budżetową, którą Sejm debatuje, rozlicza i przyjmuje. Nieoficjalnie, od lat rozbudowujemy równoległy obieg finansowy. Fundusze przy BGK są w istocie małymi „skarbcami na telefon” – miliardy można tam przesuwać i wydawać, omijając Sejm, komisje i – co najważniejsze – opinię publiczną.

W 2024 roku do rąk wybranych podmiotów trafiły obligacje warte kolejne 24 miliardy złotych, z pominięciem dotacji z budżetu. Co to daje? Przede wszystkim – swobodę i brak kontroli. Posłowie dowiadują się o szczegółach po fakcie. Obywatele – jeśli w ogóle – to z lakonicznej notatki gdzieś tak na 200. stronie analizy wykonania budżetu państwa z roku 2024.

Najwyższa Izba Kontroli nie ma złudzeń. W swoim raporcie alarmuje, że taki model finansowania prowadzi do zachwiania jawności i przejrzystości państwa. Zamiast monitora – ślepy zaułek. Zamiast kontroli społecznej – elastyczność urzędnicza. Rządzący mają komfort, że mogą przesuwać setki milionów według uznania, zabezpieczając się przed niewygodnymi pytaniami o konkretnego beneficjenta lub cel.

To nie jest jedynie teoretyczny spór o sposób prowadzenia polityki fiskalnej. Chodzi o realne, odczuwalne dla społeczeństwa skutki: wydatki poza budżetem nakręcają państwowy dług szybciej i drożej — koszt obsługi zadłużenia rośnie, podatnik płaci więcej, a kontrola nad pieniędzmi rozmywa się jak tusz na deszczu. Dziś już wiemy (bo NIK to wyliczył), że fundusze poza budżetem kosztują państwo o prawie 20 miliardów złotych więcej od tradycyjnego, jawnego zadłużenia.

Najważniejsze jednak pozostaje ryzyko: tam, gdzie znika światło publicznej kontroli, rodzą się pokusy. Mechanizmy pozabudżetowe, pozbawione realnego nadzoru, to jak zaproszenie do kombinowania. Gdy nie ma obowiązku publicznego rozliczenia, łatwiej o marnotrawstwo, nadużycia, a nawet – jak mówi wprost NIK – działania typowe dla szarej strefy życia publicznego.

Ustawodawca – z całą powagą i odpowiedzialnością – musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy Polska ma być państwem przejrzystego finansowania, czy też republiką funduszy specjalnych i zakulisowych transferów? Każdego roku, kiedy procent wydatków „na zapleczu” rośnie, tracimy z oczu nie tylko moralny kompas, ale i portfel podatnika.

Parlament i społeczeństwo muszą odzyskać wpływ na każdą złotówkę publicznych pieniędzy. Dopóki nie wróci realna kontrola i transparentność, możemy cieszyć się tylko budżetem na pokaz i transparentnością, która kończy się na stronie tytułowej ustawy budżetowej.

Dlatego – jako obywatel i podatnik – złożyłem oficjalną petycję do ustawodawcy o podjęcie prac nad ustawą, która przywróci transparentność i pełną kontrolę społeczną nad każdą złotówką wydawaną z publicznej kasy. Bo budżet państwa nie może być spektaklem – musi być umową z obywatelami. Dopóki decyzje zapadają za kulisami, nie mamy państwa prawa – mamy państwo na pilot. A demokracja zaczyna się tam, gdzie kończy się teatr i zaczyna rozliczalność.

Zostaw komentarz