Skip to main content

Drodzy państwo, oto jak wygląda transparentność w wykonaniu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Pytam o konkretne plany dotyczące dostępu służb do naszych zaszyfrowanych rozmów, a dostaję bełkot godny najlepszych czasów PRL-u. Zastępca dyrektora Tomasz Pest odpowiada mi językiem, który nawet Orwell by się zawstydził.

Sztuka unikania odpowiedzi, czyli ministerialny slalom

Zacznijmy od tego, co mi napisali. Otóż MSWiA „na ten moment nie przewiduje podejmowania konkretnych działań”. Na ten moment? A co, za moment już przewiduje? Czy może już podejmuje, tylko nie przewiduje, że nam o tym powie?

Ale najlepsze jest to, że w tym samym piśmie pan dyrektor Pest zapewnia mnie, że „nadrzędnym celem jest znalezienie odpowiedniego balansu” między prawem do prywatności a dostępem służb do danych. Panie dyrektorze, jak można szukać balansu, skoro się nic nie robi? To jak z dietą – nie jem, ale szukam balansu między głodem a sytością?

Dokumenty wewnętrzne, czyli „my wiemy, wy nie musicie”

Perełką jest wykład o tym, że dokumenty robocze to nie informacja publiczna. Cytuję tę poezję urzędniczą: „dokumenty wewnętrzne służące wprawdzie realizacji jakiegoś zadania publicznego, ale nie przesądzające o kierunkach działania organu”.

Tłumaczę dla niewtajemniczonych: pracujemy nad waszą prywatnością, ale to tylko takie tam notki i zapiski. Nic ważnego. Nie przesądzamy o kierunkach, tylko sobie rozważamy. Jak wam włożymy kamerę do sypialni, to dopiero wtedy będzie informacja publiczna. Na razie tylko myślimy, gdzie ją zamontować.

Unia zarządzi, my wykonamy

Najpiękniejsze jest to, że MSWiA czeka na „Roadmap” z Komisji Europejskiej. Bo po co mieć własne zdanie? Po co chronić obywateli? Poczekamy, aż Bruksela nam powie, jak głęboko mamy wejść w waszą prywatność.

I tu uwaga – piszą, że sprawozdanie Grupy Wysokiego Szczebla „nie ma mocy prawnej” i „nie rodzi obowiązków”. No to po co w ogóle uczestniczymy w tych pracach? Dla sportu? Czy może właśnie po to, żeby potem powiedzieć: „to nie my, to Unia kazała”?

Pytania bez odpowiedzi

Zapytałem konkretnie:

  • Czy przeprowadzono ocenę zgodności z Konstytucją? – „Nie trzeba, bo to niewiążące”
  • Jak zapewnicie transparentność? – „Będzie proces legislacyjny” (czyli dowiesz się, jak uchwalimy)
  • Jakie mechanizmy ochrony przed nadużyciami? – „Komisja Europejska zapewnia, że będzie dobrze”

To jak rozmowa z hydraulikiem, który mówi: „Pana rury? Nie, nie sprawdzałem. Ale producent rur zapewnia, że są dobre. A jak popękają, to będziemy naprawiać zgodnie z procedurami”.

Co to wszystko znaczy?

Drodzy Państwo, to znaczy tyle, że nasze ministerstwo albo nie ma bladego pojęcia, co się dzieje z planami inwigilacji obywateli, albo – co gorsza – dokładnie wie, ale woli nam nie mówić.

Bo jak inaczej wytłumaczyć, że resort odpowiedzialny za nasze bezpieczeństwo nie widzi potrzeby sprawdzenia, czy planowane rozwiązania są zgodne z Konstytucją? Jak rozumieć deklaracje o „szukaniu balansu” przy jednoczesnym zapewnieniu, że nic się nie robi?

Będę dalej pytał!

Ta odpowiedź to nie koniec, to początek. Będę pytał dalej. O protokoły ze spotkań. O stanowiska Polski w UE. O każdy dokument, który pokazuje, co naprawdę knują w sprawie naszej prywatności.

Bo jeśli myślą, że zadowolimy się bełkotem w stylu „nie robimy nic, ale jak Unia każe, to zrobimy wszystko” – to się grubo mylą.

Państwo polskie ma obowiązek chronić naszą prywatność. Nie chować się za plecami Brukseli. Nie udawać, że problem nie istnieje. I na pewno nie traktować obywateli jak naiwnych dzieci, którym można wciskać kit o „dokumentach wewnętrznych”.

Panie ministrze Gawkowski, panie ministrze Sikorski – czy naprawdę tak ma wyglądać transparentność w waszych resortach? Czy obywatele mają czekać na przecieki, żeby dowiedzieć się, co planujecie z naszą prywatnością?

Póki co dostałem odpowiedź godną najlepszych tradycji – dużo słów, zero treści. Ale spokojnie, nie odpuszczę. Bo jak mawia klasyk – kto pyta, nie błądzi. A ja będę pytał do skutku.


PS. Całą korespondencję z MSWiA publikuję na stronie. Niech każdy zobaczy, jak wygląda „otwarta administracja” w praktyce. A jeśli pan dyrektor Pest ma ochotę na polemikę – zapraszam. Tylko proszę tym razem po polsku, a nie urzędniczym esperanto.

Zostaw komentarz